W lipcowym numerze „Jestem ze Wschowy” mieszkańcy dostają starannie wyreżyserowaną opowieść o sukcesie, w której jest wszystko: rozmach, inwestycje, wizualizacje i wielkie liczby, ale brakuje jednego słowa, które w tej historii jest najważniejsze – pożyczka.
W lipcowym numerze samorządowej gazety „Jestem ze Wschowy” burmistrz Konrad Antkowiak pisze do mieszkańców, że „Wschowa pozyskała 18 milionów złotych z Banku Gospodarstwa Krajowego”, a kilka stron dalej ta sama narracja zostaje rozwinięta w dobrze znanym samorządowym stylu: pojawiają się „wielkie pieniądze płynące do Wschowy szerokim strumieniem”, „przyznane środki”, „korzystne finansowanie” oraz zapewnienia, że właśnie dzięki tym pieniądzom gmina będzie mogła szybciej się rozwijać, poprawiać jakość życia mieszkańców i realizować ważne inwestycje, które w innym przypadku zapewne trzeba byłoby odłożyć na później.
Brzmi to tak, jakby Wschowa właśnie wygrała finansowy los na loterii, jakby do miasta trafiły wielkie, zewnętrzne pieniądze, które po prostu udało się skutecznie zdobyć, a następnie rozsądnie rozdysponować na potrzeby mieszkańców, tyle że ten obraz jest co najmniej niepełny, a w swojej politycznej warstwie zwyczajnie mylący, bo za tym triumfalnym komunikatem o „pozyskaniu 18 milionów złotych” nie stoi żadna bezzwrotna dotacja, żaden prezent dla Wschowy i żadna hojność państwa czy Unii Europejskiej, lecz wieloletnie zobowiązanie finansowe, które gmina będzie musiała przez lata spłacać.
I właśnie dlatego największy problem tego numeru nie polega na tym, że burmistrz chwali się inwestycjami, bo samorządowiec od inwestycji uciekał przecież nie będzie, ale na tym, że mieszkańcom sprzedaje się dług w opakowaniu sukcesu, zastępując twardą i prostą informację o zaciągnięciu ponad 18 milionów złotych zobowiązania wygodniejszą politycznie opowieścią o „pozyskanych środkach”, „wielkich pieniądzach” i „korzystnym finansowaniu”.
Gazeta gminna bardzo pilnuje, by nie użyć najuczciwszego słowa
Najbardziej uderzające w całej tej publikacji jest to, jak konsekwentnie omijane jest słowo „pożyczka”, choć właśnie ono najlepiej oddaje charakter całej operacji finansowej, o której mowa w gazecie.
Zamiast prostego i uczciwego komunikatu, że Gmina Wschowa zaciąga ponad 18 milionów złotych pożyczek na rewitalizację parków i budowę ścieżki rowerowej, mieszkańcy dostają wersję starannie wygładzoną, w której nie ma długu, tylko są „środki”, nie ma zadłużenia, tylko jest „finansowanie”, nie ma wieloletniego zobowiązania, tylko są „pieniądze, które trafią do Wschowy”, a wszystko to zostało opakowane w estetykę sukcesu, rozwoju i sprawczości.
To nie jest niewinny zabieg językowy, który można zbyć wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że przecież chodzi o to samo, bo w samorządzie sposób nazywania rzeczy ma znaczenie fundamentalne, ponieważ od tego, jak władza opowiada o swoich decyzjach, zależy, jak mieszkańcy te decyzje rozumieją, oceniają i czy w ogóle dostrzegają ich długofalowe konsekwencje.
Jeżeli więc burmistrz pisze, że „Wschowa pozyskała 18 milionów złotych z BGK”, to przeciętny mieszkaniec ma pełne prawo odczytać to jako informację o sukcesie w zdobyciu zewnętrznych pieniędzy, najlepiej takich, których nie trzeba będzie oddawać, a jeśli kilka stron dalej gminna gazeta dokłada do tego opowieść o „środkach z Krajowego Planu Odbudowy”, „bardzo korzystnych warunkach”, „możliwym umorzeniu” i „wielkich pieniądzach płynących do Wschowy”, to powstaje politycznie bardzo wygodny obraz, w którym władza skutecznie załatwiła dla miasta pieniądze, a mieszkańcy powinni się po prostu cieszyć, że coś się wreszcie dzieje.
Problem polega na tym, że nie jest to pełna prawda, bo w tej historii najważniejszy element został celowo rozmyty: nie chodzi o pieniądze, które Wschowa dostała, ale o pieniądze, które Wschowa będzie musiała oddać.
To nie jest prezent dla Wschowy, tylko decyzja o zadłużeniu gminy
Oczywiście można spierać się o to, czy warunki tego finansowania są korzystne, i można przyznać, że sam instrument rzeczywiście może być dla gminy atrakcyjny, skoro mowa jest o braku prowizji, braku oprocentowania, braku kosztów obsługi i możliwości umorzenia 5 proc. wartości zobowiązania po spełnieniu określonych warunków, ale żaden z tych argumentów nie zmienia podstawowego faktu, że nadal mówimy o finansowaniu zwrotnym, a nie o pieniądzach, które spadły Wschowie z nieba.
To oznacza, że zamiast triumfalnego tonu o „pozyskaniu 18 milionów złotych” mieszkańcy powinni usłyszeć przede wszystkim jasną informację, że gmina zdecydowała się zaciągnąć ponad 18 milionów złotych zobowiązań po to, aby sfinansować konkretne inwestycje – rewitalizację parków oraz budowę ścieżki rowerowej Wschowa–Konradowo – i że zobowiązania te będą rozłożone na kolejne lata, a więc będą obciążać przyszłe budżety gminy również wtedy, gdy obecna fala promocyjnych publikacji, wizualizacji i samorządowych zachwytów dawno już opadnie.
Taki komunikat byłby uczciwy, prosty i zrozumiały, a przede wszystkim traktowałby mieszkańców poważnie, bo zakładałby, że dorośli ludzie mają prawo wiedzieć nie tylko, co samorząd chce zbudować, ale również w jaki sposób zamierza to sfinansować i jakie będą długofalowe skutki tych decyzji.
Tymczasem gminna gazeta woli opowiadać o tym, że „to się opłaca”, że „do Wschowy trafi ponad 18 mln zł”, że środki zostały „przyznane” i że wszystko odbywa się na „bardzo korzystnych warunkach”, czyli używa dokładnie takiego języka, który ma odsunąć od mieszkańca podstawowe pytanie: skoro to takie wielkie pieniądze dla Wschowy, to dlaczego tak trudno powiedzieć wprost, że chodzi o wieloletni dług?
W numerze jest dużo o fontannach, bulwarach i ścieżce, ale znacznie mniej o cenie tej decyzji
Nie ma nic zaskakującego w tym, że samorząd chce pokazać inwestycje od możliwie atrakcyjnej strony, bo przecież to one najlepiej wyglądają na zdjęciach, wizualizacjach i w politycznych komunikatach, dlatego w gazecie znajdziemy opowieść o rewitalizacji parków, nowych nasadzeniach, bulwarach, fontannach, małej architekturze, monitoringu, placu zabaw, ścieżce rowerowej i całej tej zielonej transformacji, która ma odmienić przestrzeń gminy i podnieść komfort życia mieszkańców.
Problem w tym, że równolegle z opowieścią o tym, co powstanie, powinna pojawić się równie mocna, równie wyeksponowana i równie zrozumiała opowieść o tym, ile będzie kosztować spłata tego finansowania, jak długo potrwa, z czego będzie pokrywana i jaki wpływ będzie miała na przyszłe budżety gminy, bo właśnie to odróżnia rzetelną informację publiczną od samorządowego folderu promocyjnego.
Mieszkańcy mają przecież pełne prawo wiedzieć, nie tylko którędy pobiegnie ścieżka rowerowa i jak będą wyglądały alejki w parku, ale również to, czy wieloletnia spłata ponad 18 milionów złotych nie ograniczy w przyszłości możliwości realizacji innych zadań, czy nie usztywni budżetu i czy w sytuacji, w której tak często słyszymy od władz o konieczności ustalania priorytetów, nie okaże się za chwilę, że jedne potrzeby gminy będą odkładane właśnie dlatego, że wcześniej zdecydowano się sfinansować inne przy pomocy wieloletniego długu.
Tego rodzaju pytań w gazecie praktycznie nie ma, bo numer został zbudowany nie wokół problemu odpowiedzialności za wieloletnie zobowiązanie, ale wokół tezy, że Wschowa odniosła sukces i właśnie korzysta z historycznej szansy, co oczywiście brzmi dobrze, ale jednocześnie skutecznie odsuwa uwagę od kosztów i konsekwencji.
Gazeta finansowana z publicznych pieniędzy nie powinna udawać ulotki promocyjnej
Właśnie tutaj pojawia się problem poważniejszy niż sam sposób opisania 18 milionów z BGK, bo samorządowa gazeta, utrzymywana przecież z pieniędzy mieszkańców, nie powinna być narzędziem politycznego komfortu burmistrza ani miejscem, w którym niewygodne elementy rzeczywistości są wygładzane po to, by całość lepiej wyglądała w komunikacie.
Jej rolą powinno być możliwie jasne i uczciwe tłumaczenie mieszkańcom, co dzieje się z publicznymi pieniędzmi, jakie decyzje podejmuje władza, jakie są ich skutki, jakie ryzyka i jakie koszty, tymczasem w sprawie ponad 18 milionów złotych z BGK „Jestem ze Wschowy” robi dokładnie coś odwrotnego: zamiast porządkować fakty, zaciera je, zamiast nazwać zobowiązanie zobowiązaniem, opowiada o „pozyskanych środkach”, a zamiast wyłożyć mieszkańcom finansowe konsekwencje tej decyzji, pokazuje im estetycznie opakowaną wizję nowych parków i ścieżki rowerowej.
To nie jest jeszcze najgorsze, że gmina chce się chwalić inwestycjami, bo chwalić się inwestycjami chce niemal każdy samorząd, ale bardzo źle jest wtedy, gdy chęć chwalenia się staje się ważniejsza od obowiązku rzetelnego poinformowania mieszkańców, z czym dokładnie mamy do czynienia i co tak naprawdę oznacza ten wielokrotnie powtarzany komunikat o „18 milionach dla Wschowy”.
To nie jest spór o semantykę, tylko o uczciwość wobec mieszkańców
Ktoś może powiedzieć, że cała ta dyskusja sprowadza się do słówek, bo przecież najważniejsze są inwestycje, a nie to, czy ktoś użyje określenia „pożyczka”, „środki” albo „finansowanie”, tyle że właśnie w sprawach finansów publicznych takie rozróżnienia mają znaczenie zasadnicze, ponieważ to one decydują o tym, czy mieszkaniec rozumie sytuację taką, jaka jest, czy taką, jaką wygodnie jest przedstawić władzy.
Jeżeli ponad 18 milionów złotych długu opowiada się mieszkańcom jako „wielkie pieniądze dla Wschowy”, jeżeli wieloletnie zobowiązanie przedstawia się w tonie sukcesu, a sam mechanizm finansowy rozpuszcza w opowieści o zielonej transformacji, przyznanych środkach i historycznej szansie, to mieszkańcy nie dostają pełnego obrazu sytuacji, tylko jego politycznie wygładzoną wersję, w której sukces jest wyeksponowany, a koszt – rozmyty.
I właśnie dlatego nie chodzi tutaj o czepianie się jednego słowa, ale o coś znacznie ważniejszego: o standard uczciwości wobec mieszkańców, którzy mają prawo wiedzieć, że za opowieścią o „pozyskaniu 18 milionów złotych” stoi po prostu decyzja o zadłużeniu gminy na ponad 18 milionów złotych.
Za „wielkimi pieniędzmi” stoi po prostu wielki dług
Nie ma nic złego w tym, że gmina inwestuje, nie ma nic złego w tym, że sięga po zewnętrzne źródła finansowania i nie ma nic złego w tym, że chce rozwijać przestrzeń publiczną, poprawiać estetykę miasta czy budować ścieżki rowerowe, ale jest coś bardzo niepokojącego w tym, że robiąc to wszystko, nie potrafi albo nie chce powiedzieć mieszkańcom wprost, że nie chwali się właśnie dotacją, tylko wieloletnim zobowiązaniem.
Bo za tymi wszystkimi hasłami o „wielkich pieniądzach”, „korzystnym finansowaniu” i „środkach, które trafią do Wschowy” stoi po prostu decyzja o tym, że gmina zadłuża się na ponad 18 milionów złotych, a rachunek za ten polityczny sukces nie zniknie po przecięciu wstęgi, po publikacji kolejnego numeru gminnej gazety i po zakończeniu kadencji obecnych władz.
I może właśnie dlatego w całym tym numerze najbardziej brakuje nie kolejnej wizualizacji, nie jeszcze jednego entuzjastycznego cytatu i nie następnego akapitu o tym, jak pięknie będzie po zakończeniu inwestycji, ale jednego prostego, uczciwego zdania skierowanego do mieszkańców:
„Tak, zdecydowaliśmy się zadłużyć gminę na ponad 18 milionów złotych, bo uznaliśmy, że warto w ten sposób sfinansować te inwestycje i jesteśmy gotowi wziąć odpowiedzialność za skutki tej decyzji”.
Tego zdania jednak w lipcowym numerze „Jestem ze Wschowy” nie ma. Zamiast niego jest samorządowa opowieść o sukcesie, w której dług ubrano w język prezentu.
(RED)

