We wrześniu 2026 r. do przedszkoli niepublicznych w Gminie Wschowa poszły pisma, których organ prowadzący nie chciałby znaleźć w skrzynce. Burmistrz, działając przez Zespół Obsługi Ekonomicznej i Administracyjnej Oświaty, informuje o „dotacji pobranej w nadmiernej wysokości” i wzywa do dobrowolnego zwrotu. To jeszcze nie decyzja, ale wezwanie z numerem konta, piętnastodniowym terminem i zapowiedzią odsetek.
Najważniejsze zdanie jest schowane w środku akapitu: kontrola miała charakter wewnętrzny i dotyczyła procesu po stronie Gminy i ZOEiAO. Placówkom nie przypisano winy. Podstawą żądania ma być wyłącznie matematyka — w danym roku budżetowym wyszło więcej, niż zdaniem gminy po kontroli powinno było wyjść. Jeśli błąd był po stronie tego, kto liczył i przelewał, wezwanie do zwrotu nie jest rozliczeniem winy. Jest próbą naprawienia własnego rachunku pieniędzmi, które już poszły na pensje, wyżywienie i opiekę, a w końcu na zysk, bo taka jest istota prowadzenia działalności gospodarczej.
Huśtawka z urzędu
Ta historia nie zaczyna się we wrześniu. Zaczyna się wcześniej, przy mniejszej pewności siebie urzędu i przy innej skali kwot. Na przełomie 2025 i 2026 r. gmina mówi o stosunkowo niewielkiej nadpłacie i wzywa do wyjaśnień. Wpływają wnioski o umorzenie. W styczniu organ pisze, że kwoty „podlegają jeszcze weryfikacji”. W lutym umarza postępowania o umorzenie, bo dopóki nie wiadomo, czy nadpłata w ogóle istnieje, nie ma czego umarzać. Potem znowu wzywa do wyjaśnień przy rozliczeniu, a kilka dni później cofa to wezwanie: powstało przez błędną interpretację danych, a wykazane kwoty są prawidłowe.
Minęło kilka miesięcy, kontrola wewnętrzna dobiegła końca i we wrześniu ten sam urząd liczy już nie wstępne, ograniczone kwoty, tylko salda roczne idące w setki tysięcy złotych — różne dla poszczególnych placówek. Lata 2024 i 2025 mają być rozliczane osobno, bez kompensaty między latami i bez przerzucania wyniku z jednego przedszkola na drugie. Można to nazwać weryfikacją. Można też powiedzieć, jak to wygląda z zewnątrz: najpierw nie wiemy, potem jest dobrze, potem trzeba oddać fortunę.
Co właściwie policzono
Gmina po kontroli przeliczyła przelewy od nowa. Wyszło jej, że przez dwa lata na część dzieci szło za dużo, na część za mało, a na końcu roku i tak zostaje kwota do oddania, bo ta pierwsza różnica jest większa. Dla przedszkola nie ma znaczenia, jak urząd nazwie rubryki. Zostaje wezwanie: oddajcie różnicę, którą sami wam przelaliśmy.
Przyczyny gmina wskazuje u siebie: złe stawki, niepełne dane przy dzieciach z orzeczeniami, dziurawe formularze miesięczne. Brakowało informacji, bez których nie da się uczciwie domknąć rachunku. To nie jest spór o fakturę za kredki, tylko błąd w narzędziu, którym urząd sam wypłacał pieniądze. Do wezwań nie dołączono pełnego protokołu, tylko wyciąg — kilka stron o metodzie i kilka tabel. Bez kompletu nie da się sprawdzić, skąd wzięła się stawka, kto podpisał naliczenia i czy placówka w ogóle widziała ten protokół, zanim dostała piętnaście dni na zwrot.
Publiczne pieniądze, cudzy rachunek
Dotacja oświatowa to środek publiczny. Jeśli poszła za wysoka, ustawa o finansach publicznych każe ją zwracać i art. 252 jest pod tym względem twardy. Twardy jest też inny fakt: publiczna szkoła gminna nie dostaje takiego wezwania, gdy pomyli się stawka bazowa, bo żyje z budżetu gminy, a subwencję z budżetu państwa rozlicza samorząd z ministrem, często z przesunięciem na kolejny rok. Niepubliczne przedszkole dostaje pismo z numerem konta. Różnica nie wynika z moralności organu prowadzącego, tylko z konstrukcji systemu. Właśnie dlatego system wymaga, by ten, kto liczy, liczył raz a dobrze.
Gmina może umorzyć należność, rozłożyć ją na raty albo odroczyć termin — na wniosek, gdy przemawia za tym ważny interes zobowiązanego albo interes publiczny. Nie powinna udawać, że długu nie ma, i jednocześnie nie powinna udawać, że dwuletni błąd w jej własnych stawkach jest problemem wyłącznie przedszkola. Interes publiczny to nie tylko odzyskanie złotówek. To także pytanie, czy w gminie nadal będzie miał kto prowadzić opiekę nad małymi dziećmi, gdy organ prowadzący dostanie dwa tygodnie na zwrot pieniędzy, których nie wypłacił sobie, tylko dostał według ówczesnych przelewów urzędu.
Co powinno stać się teraz
Po stronie placówek nie warto milczeć. Wezwanie nie jest decyzją, więc w terminie piętnastu dni trzeba złożyć stanowisko, zażądać pełnego protokołu albo kompletu stron danej placówki, dokumentów źródłowych do stawek i wag oraz listy osób, które naliczenia sporządzały i zatwierdzały. Jeśli jednorazowa spłata jest nierealna — wniosek o ulgę. Jeśli liczby się nie zgadzają — własne wyliczenie, nie ogólnik.
Po stronie gminy powinno pójść coś więcej niż wezwanie do przedszkoli: zasady kontroli, daty, skład zespołu i informacja, czy placówki w ogóle widziały protokół, zanim dostały pismo wrześniowe. Urząd powinien też powiedzieć, jak te salda mają się do lutowych zapewnień, że „wykazane kwoty są prawidłowe”, i czy wobec urzędników idzie jakiekolwiek postępowanie wyjaśniające.
Jeśli kontrola wewnętrzna wykazała, że przez dwa lata źle liczono publiczne pieniądze, sprawa nie kończy się na tabeli „należna / przekazana”. Kończy się pytaniem, kto zatwierdzał przelewy, kto konstruował formularz bez potrzebnych danych i kto w lutym uznał sprawę za zamkniętą. Przedszkole niepubliczne nie jest kasą zapasową gminy na wypadek, gdy urząd przeliczy stawkę od nowa. Jest miejscem, w które rano odprowadza się dziecko, i rachunek za pomyłkę w podstawie naliczenia nie może wyglądać tak, jakby to dziecko miało oddać różnicę.
(red)

