„Biały Domek” przy ul. Głogowskiej odzyskał blask. Zniknęła czarna plandeka, pojawiła się świeża elewacja, estetyczne detale, zdjęcia w słońcu i seria entuzjastycznych postów w mediach społecznościowych. Jest metamorfoza, jest powód do dumy, są uśmiechy i emotikony. Remont za blisko 300 tysięcy złotych – konieczny, bo tak zdecydował Lubuski Wojewódzki Konserwator Zabytków.
I bardzo dobrze.
Budynek był w złym stanie technicznym, przez lata straszył i zwyczajnie szpecił okolicę. Wymagał ratunku. Konserwator nakazał działania, gmina je przeprowadziła, mieszkańcy dostali zadbany fragment przestrzeni. W tej historii wszystko się zgadza. Prawo zadziałało, zabytek ocalono, efekt widać gołym okiem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy spojrzymy kilka ulic dalej.
Przy Bohaterów Westerplatte ten sam konserwator nagle przestaje być sprzymierzeńcem, a staje się przeszkodą. Bo nie pozwala wymienić nawierzchni „po nowemu”. Bo podkreśla zabytkowy charakter ulicy. Bo – jak można przeczytać w lokalnych mediach – miasto „nie powinno być skansenem”, a mieszkańcy „nie powinni być zakładnikami decyzji konserwatorskich”.
Czyli jak to właściwie jest?
Gdy konserwator każe remontować – jest dobrze.
Gdy czegoś zabrania – blokuje rozwój.
A kiedy w ogóle nie pasuje do planów… bywa po prostu pomijany.
Bo trudno inaczej nazwać sytuację z samego ratusza. W budynku wpisanym do ewidencji zabytków wymieniono zabytkowe drzwi do sekretariatu i gabinetów burmistrzów. Bez pozwolenia. Oryginalne skrzydła zdemontowano, wstawiono współczesne – z klawiaturą kodową. Bardziej jak w biurowcu niż w historycznej siedzibie władz miasta.
Konserwator nakazał przywrócenie dawnych drzwi. Ministerstwo Kultury podtrzymało decyzję, wprost wskazując, że nowe elementy obniżyły wartość historyczną i artystyczną wnętrz. Spór administracyjny trwał miesiącami.
A urząd? Odmówił komentarza.
Tu już nie ma dyskusji o gustach ani o tym, czy bruk jest wygodniejszy od asfaltu. Tu chodzi o elementarne zasady. Skoro od mieszkańców wymaga się zgód, projektów i uzgodnień przy każdej ingerencji w zabytkową substancję, trudno zrozumieć, dlaczego sam urząd uznał, że jego to nie dotyczy.
Prawo konserwatorskie nie jest przecież sugestią. Nie działa na zasadzie: „stosujemy, kiedy nam pasuje”.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że we Wschowie konserwator funkcjonuje dziś w trzech rolach:
– jako sojusznik, gdy dzięki jego decyzjom powstaje gotowy efekt „przed i po”, którym można pochwalić się w mediach społecznościowych,
– jako wróg, gdy ogranicza inwestycyjne pomysły i mówi „nie” przebudowie czy nowej kostce,
– i jako zbędny formalizm, gdy w grę wchodzą własne działania urzędu.
To nie jest spójna polityka ochrony zabytków. To jest polityka wybiórczości.
A przecież historia miasta nie składa się z pojedynczych, wygodnych przykładów. To całość: elewacje, bruk, stolarka, detale, wnętrza. Czasem mniej praktyczne, czasem droższe w utrzymaniu – ale właśnie one budują tożsamość miejsca. Coraz więcej miast rozumie, że autentyczność jest wartością, nie balastem. Że stary bruk czy drewniane drzwi to nie „skansen”, tylko znak, że to miasto ma swoją opowieść.
„Biały Domek” pokazuje, że zabytki warto ratować.
Spór o Westerplatte pokazuje, że nie zawsze chcemy je szanować.
Historia z ratuszowymi drzwiami pokazuje zaś coś gorszego – że czasem wymagamy od innych tego, czego sami nie przestrzegamy.
A to już nie jest kwestia estetyki ani wizji rozwoju.
To kwestia wiarygodności.
Wesprzyj podcast „Pod Wpływem Wschowy”!
Ten artykuł powstał w ramach działań objętych patronatem Wschowa News. Jeśli chcesz wspierać lokalne inicjatywy i podcast, któremu patronujemy, zajrzyj na Patronite – Pod Wpływem Wschowy i dołącz do grona patronów. Razem możemy więcej!

